Z wizytą u SkowronkaTrzy sezony w najsilniejszej lidze świata bez żadnego sukcesu. Pierwsze lata pobytu Katarzyny Skowrońskiej-Dolaty w wymarzonej Serie A minęły więc na nauce zwyczajów panujących na Półwyspie Apenińskim i tęsknocie za zwycięstwami. Nic więc dziwnego, że w tym sezonie „Skowronek” zdecydował się podpisać kontrakt z najlepszą ekipą w kraju, Scavolini Pesaro. Odwiedziliśmy naszą atakującą w tym urokliwym miejscu na Wybrzeżu Adriatyckim.
O reprezentacji Polski Kasia mówi na razie ostrożnie. – O mały włos kilka miesięcy temu nie znalazłam się poza nią – przypomina, wracając do sytuacji ze Szczyrku, gdy Marco Bonitta za spóźnienie na kolację wyrzucił z drużyny ją, Annę Barańską i Katarzynę Skorupę. – Duma i honor to jedno, ale jest jeszcze coś takiego, jak poświęcenie czegoś dla dobra zespołu. Siatkówka to nie sport indywidualny. Przecież do igrzysk przygotowywałyśmy się kilka sezonów. Gdyby którejś z nas zabrakło w najważniejszym momencie i to nie z naszej winy, mogłoby dojść do osłabienia budowanej z trudem konstrukcji, zaprzepaszczenia pracy kilkunastu dziewczyn. Schowałam więc dumę do kieszeni i wróciłam, choć zachowanie trenera było niewyobrażalne. Poleciałam z ekipą na igrzyska, ale prawda jest taka, że nie zrobiłam tego dla siebie, tylko dla dziewczyn, dla zespołu. Widać, że ciężko jej mówić o tym co wydarzyło się pół roku temu. Jednak kiedy przechodzi na temat Bonitty, można odczuć, że płynący czas pozwolił jej rozgryźć motywy postępowania byłego selekcjonera reprezentacji. – Mimo wszystko to bardzo inteligentny człowiek – mówi Kasia. – Dobrze wie, jak rozdawać karty. Zawsze robi to w ten sposób, że ma asa w rękawie. Potrafi tak obrócić sytuację, że wygląda, jakby to on miał rację. Jest mistrzem manipulacji, dopracował ją do perfekcji. Posiadł pewne metody, jakie stosuje się w biznesie. Wiecznie czegoś używał. Andrzej Niemczyk czasem myślał podobnie, ale większość spraw załatwiał sam. Bonitta posługiwał się innymi. Są plusy i minusy jego pobytu w Polsce. Z jednej strony pokazał jak dobrze trenować, wykorzystać taktykę. Idealnie na przykład zagrałyśmy mecz z Holenderkami w Halle. Marco fantastycznie nas do niego przygotował poprzez treningi, analizę wideo. Wiedziałyśmy dokładnie co robić i wszystko się sprawdzało. Do pierwszego tempa skakałyśmy przecież potrójnym blokiem! Początkowo miał motywację, by coś z nami osiągnąć. Ale jest i drugi okres jego pracy w Polsce. Niestety, przypadł on na czas, gdy walczyłyśmy w Pekinie. Na chwilę traci głos, w jej oczach pojawiają się łzy. Bez entuzjazmu, raczej z bólem, a nawet ze złością wraca do sierpniowych chwil w stolicy Chin. – Marzyłam o igrzyskach, ale kiedy już tam pojechałam to doznałam wielkiego rozczarowania – zdradza. – Wszystko przez atmosferę wokół drużyny. Wyidealizowałam sobie obraz olimpiady w głowie, a na miejscu był syf. Docinki, wywoływanie afer. Nawet w szatni rzucałyśmy się lodem, żeby ostudzić emocje. Oczekiwałam czegoś idealnego, często mi się taki obraz śnił. Ale nie było tak, jakby się chciało. Gdybym jednym zdaniem miała podsumować igrzyska i nasz zespół w Pekinie, powiedziałabym: to nie tak miało być... więcej w najnowszym Super Volley'u
|